Poleć ten artykuł znajomemu




Czcionka
A A A
Kontrast

Orzeszanin w siedzibie Google w San Francisco
W kwietniowym numerze pisaliśmy o gimnazjaliście z Zawady, który został laureatem prestiżowego, ogólnoświatowego konkursu Google Code-In. Przypomnijmy, że nagrodą w tym wymagającym niecodziennych umiejętności programowania projekcie była kilkudniowa wizyta w centrali Google w San Francisco! Dziś Filip Grzywok – bo to o nim mowa – dzieli się z nami swoimi wrażeniami dotyczącymi zarówno kulis samego konkursu, jak i jego fascynującej podróży po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.



Weronika Krzemińska: Zanim udamy się w podróż za ocean, wróćmy jeszcze na chwilę do konkursu. Jak to się stało, że nastoletni orzeszanin został laureatem jednego z najbardziej wymagających konkursów na świecie?
Filip Grzywok: W konkursie planowałem wziąć udział już w ubiegłym roku, jednak niestety przegapiłem moment zgłoszeń… W tym roku stanąłem na wysokości zadania i w odpowiednim momencie wysłałem swoje zgłoszenie, kwalifikując się do konkursu. Muszę szczerze przyznać, że zadania były bardzo wymagające – zlecano nam znalezienie i naprawienie faktycznych błędów programowych. I mimo że same zadania związane stricte z programowaniem nie zajmowały dużo czasu, to znacznie więcej trzeba było go poświęcić na komunikację z innymi pracownikami organizacji, dla której się wykonywało zadanie, oraz z pozostałymi uczestnikami konkursu. Należy tutaj zaznaczyć, że jako uczestnicy konkursu nie wykonywaliśmy zadań dla samego Google, lecz dla różnych organizacji typu Open Source (ja wybrałem zlecenia od Wikimedii), a cały konkurs miał na celu zachęcenie do pracy nowych wolontariuszy. Aby pogodzić konkursowe zadania z bieżącą nauką, zdarzyło mi się zarwać kilka nocek. Dawałem z siebie wszystko i jak pokazały finalne rezultaty – było warto!

WK: Jak na wieść o wygranej zareagowali Twoi najbliżsi?
FG: Informację o wygranej otrzymałem mailem w środku nocy, więc rodziców powiadomiłem dopiero rano, przy śniadaniu. Widziałem, że są ze mnie naprawdę dumni. Szczególnie mama, która się bardzo wzruszyła i ucieszyła, że mój wysiłek i zarwane noce zostały docenione. A tata? Hmm, tata zaczął gorączkowo szukać szybkiego kursu nauki angielskiego… dla siebie! (śmiech)

WK: No tak, bariera językowa… Ajak wyglądały przygotowania do podróży?
FG: Na samą myśl o wizycie w siedzibie największego na świecie potentata działalności internetowej byłem bardzo podekscytowany. Każdy laureat mógł zabrać w podróż jednego ze swoich opiekunów, więc pozytywne emocje udzieliły się również mojemu tacie. Na naszą podróż przygotowałem wcześniej specjalną aplikację Wordling na telefon, która pomagała nam w nauce słówek. Warto również wspomnieć, że formalności związane z uzyskaniem wizy poszły gładko, a wszelkie koszty z tym związane pokryło Google. Poza tym pakowanie bagaży i wylot. Przygotowania przebiegły bardzo sprawnie i szybko. Może dlatego, że tak bardzo nie mogłem doczekać się już samego wylotu.

WK: Dotarliście na miejsce i…?
FG: Powitał nas całkiem inny świat! Już samo San Francisco robi ogromne wrażenie, jednak ja nie mogłem się doczekać wykładów w słynnej siedzibie Google – Mountain View. Nie zawiodłem się! Jest bardzo nietypowa. To nie jeden wielki biurowiec, ale tak naprawdę swoiste miasteczko o powierzchni 32 km2 z licznymi budynkami, miejscami do rekreacji, strefami relaksu oraz punktami gastronomicznymi. To, co zwróciło moją szczególną uwagę, to sposób, w jaki Amerykanie podchodzą do pracy. W trakcie naszej wizyty nie spotkaliśmy ani jednego pracownika w typowym, biurowym ubiorze. Tam wszystko jest na luzie. Pracownicy przychodzący do pracy z psem, w krótkich spodenkach, t-shirt’cie i czapką z daszkiem na głowie. I to bez względu na stanowisko. Co istotne, pomimo tego luzu, każdy z pracowników szanuje swoją pracę i współpracowników. Wiadomo, w tym miejscu pracują ludzie wybitni, którzy codziennie wykonują niełatwe zadania, jednak to, czy zrobią je w 10 minut, czy przez cały dzień, to już ich sprawa. Wśród kadry panuje wielkie zaufanie i szacunek, którym obdarzono również nas. Nikt nie patrzył na nas z góry, nikt nie dał po sobie poznać, że nasza wizyta im przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Byliśmy bardzo dobrze traktowani, a każdy z uczestników czuł się tam naprawdę wyjątkowo i miał pełną świadomość tego, że nie znalazł się tu bez powodu.

WK: Co oprócz warsztatów czekało na Was w siedzibie Google?
FG: Same niespodzianki! Przede wszystkim przekonaliśmy się, że Google to nie tylko wyszukiwarka, poczta Gmail i system Android. Mało kto wie, że spółka zajmuje się również urządzeniami technologicznymi, wśród których znajdują się m.in. autonomiczne pojazdy elektryczne, czy designerskie smartfony kompatybilne z okularami do VR, które poprzez wbudowane soczewki pozwalają na przeglądanie treści na telefonie. Miłym zaskoczeniem było podarowanie takiego zestawu (smartfon Pixel + gogle VR Daydream) każdemu laureatowi w ramach prezentu od firmy. Kolejną niespodzianką było spotkanie z dyrektor ds. pracowniczych, która nas poinformowała o możliwości ubiegania się u nich o staż! Jest to marzenie wielu młodych programistów, nie muszę chyba dodawać, że moje też. Ponadto Google zaoferowało nam list rekomendacyjny jako wyraz uznania naszych osiągnięć związanych z wygraną w konkursie. Jak do tego wszystkiego dodamy wspólny lunch z pracownikami, przemiłą atmosferę oraz gry i zabawy integracyjne, to trzeba przyznać, że pozytywnych wrażeń i emocji nie brakowało.

WK: Brzmi tak, jakby nie chciało się stamtąd wracać…?
FG: Wizyta w USA to naprawdę niezapomniane przeżycie! Skłamałbym, gdybym powiedział, że po tych paru dniach chciałem wracać do kraju. Tym bardziej, że ostatni dzień pobytu w San Francisco stanowił tzw. Fun Day, czyli dzień rozrywki. Organizatorzy przygotowali dla nas mnóstwo atrakcji, m.in. zwiedzanie Alcatraz, przejażdżki segwayem i wycieczkę na jedno z licznych wzgórz SF, skąd rozpościera się przepiękny widok na panoramę miasta i słynny Golden Gate. Na zakończenie dnia i całego pobytu na wszystkich laureatów konkursu czekała kolejna niespodzianka – rejs luksusowym jachtem w towarzystwie m.in. pracowników Google’a.

WK: I tak zakończyła się ta fascynująca amerykańska przygoda?
FG: Niezupełnie. Pod koniec pobytu w San Francisco dołączyła do nas również moja mama i korzystając z tej niebywałej okazji, wspólnie, już na własną rękę zwiedziliśmy praktycznie całe zachodnie wybrzeże USA. Nasza przygoda zakończyła się na południu Kalifornii, w Los Angeles.

WK: Wygląda więc na to, że odbyłeś swoją wymarzoną podróż życia. Co dała Ci ta wygrana?
FG: O tak, zdecydowanie to była podróż życia, która dała mi bardzo wiele cennych doświadczeń i kontaktów. Spełniło się moje wielkie marzenie, poznałem wiele ciekawych osób, zwiedziłem część Stanów Zjednoczonych i mogłem zobaczyć, jak od przysłowiowej kuchni na co dzień wykonują swoje obowiązki pracownicy jednej z największych na świecie firm internetowych. To naprawdę niezapomniane przeżycie, które – mam nadzieję – zaprocentuje w przyszłości.

WK: A skoro mowa o przyszłości, to jakie są Twoje plany na najbliższy czas?
FG: Generalnie wszystkie z nich są związane z tym, co lubię i robię, czyli z szeroko pojętym programowaniem. Nie chcę zanudzać Czytelników specjalistycznymi hasłami branżowymi, jednak z poznanymi podczas wyjazdu osobami już dziś pracuję nad nową aplikacją, służącą do wygodnego sterowania mediami w domu za pomocą telefonu komórkowego. Wierzę, że będzie to coś niezwykłego…

WK: Jak zakończyłbyś naszą rozmowę?
FG: Polecam wszystkim, bez względu na krąg ich zainteresowań, aby oddawali się w życiu swojej pasji. Jeśli człowiek robi to, co lubi, i w pełni się temu oddaje, to pozytywne rezultaty na pewno – prędzej, czy później – przyjdą.
 
 


Polecamy


Wszelkie prawa zastrzeżone © 2014 Urząd Miasta Orzesze